Chciałbym napisać kilka słów o Śp. Romanie. Nie znajduję właściwych.
Niech nam Go przypomną jego partie oraz idea stowarzyszenia szachistów
korespondencyjnych w klubie Gambit-Krosno, którego był współtwórcą.
Wspomnienie o Romanie Kamińskim
W mailu od Szachistów przeczytałam ". jest to pierwszy w historii polskich szachów turniej grany za pomocą specjalnego serwera."
Roman Kamiński, mój Tata, na pewno zainteresowałby się w sposób szczególny tym turniejem.
Z wykształcenia był inżynierem budownictwa lądowego, ale z zamiłowania komputerowcem nie lubił bardzo,
jak się Go nazywało informatykiem, bo zawsze uważał, że nim nie jest. Zajmował się komputerami i ich
wykorzystaniem na potrzeby inżynierii lądowej oraz korespondencyjnej gry w szachy, jako inżynier i szachista.
Lubił nowinki komputerowe, choć nie wszystkie nowości wprowadzał w życie. Serwery, komputery połączone w sieci
lokalne i nie tylko lokalne, możliwość łączenia się w kraju i na cały świat były Jego pasją. Tą pasją starał się zarazić członków Swojej Rodziny. Kiedy wprowadzono system operacyjny Windows i pokazały się myszy któregoś dnia Tata wrócił do domu z pracy i do Mamy powiedział: "Marysiu uważaj, mam mysz ." i po chwili wyjął z teczki myszkę komputerową. Mama uśmiechnęła się tylko, bo znała te żarty Taty. Ale z komputerów Mama nie korzystała w swym życiu zawodowym, choć była inżynierem. Mój Brat i ja "polubiliśmy" komputery używaliśmy ich podczas studiów, a dzisiaj używamy je w pracy i w domu. Dzieci Mego Brata i mój Syn pasjonują się światem informatyki.
Komputerami, a w zasadzie maszynami liczącymi, Tata zainteresował się, jak tylko zaczęły pokazywać się na rynku w Polsce. Wtedy (a były to chyba lata 70-te) obliczenia inżynierskie przy zastosowaniu ETO (Elektronicznej Techniki Obliczeniowej) trwały bardzo długo. Doktor Roman Kamiński brał śpiwór, materac i całą noc spędzał na uczelni czuwając nad obliczeniami.
Tata całe życie pracował w SGGW. Jak sięgam pamięcią wstecz najpierw mieszkaliśmy przy ul. Asfaltowej
(przecznicy ul. Rakowieckiej). Wydział Taty mieścił się w budynku SGGW przy ul. Rakowieckiej, a okno Jego
pokoju na 5-tym piętrze wychodziło właśnie na ulicę Asfaltową. W latach 60-tych przeprowadziliśmy się kilka ulic dalej
do mieszkania przy ul. Rakowieckiej róg Fałata. Wtedy Tata skomentował tę przeprowadzkę: "będę miał bardzo daleko do pracy . będę musiał pół godziny wcześniej wstawać ." Kilka lat późnej, na początku lat 70-tych wydział Taty przeniesiono dużo dalej, na Ursynów. Wtedy nic nie powiedział.
Roman Kamiński zawsze lubił wcześnie wstawać i zawsze lubił pracować. A najbardziej lubił pracować w dni wolne od pracy
(soboty, niedziele, święta), bo wtedy, jak mówił, ma swobodny dostęp do wszystkich komputerów i wreszcie może normalnie pracować . a tak między nami: na jednym komputerze uruchomiony był program inżynierski, na drugim, trzecim szachy, a na czwartym jeszcze coś . np. prognoza pogody z Instytutu Oceanografii z Chorwacji, z okolic miejsca w Jugosławii, gdzie w latach 60-tych Tata był na kontrakcie uczelnianym. I wówczas Roman Kamiński był szczęśliwy .
Kiedy Roman Kamiński skończył 65 lat i uczelnia zasugerowała Mu przejście na emeryturę, Tata nie mógł się
z tym pogodzić . Denerwował się "co On zrobi, jak nie pozwolą Mu pracować .? Na szczęście ten problem został zakończony dość pomyślnie. Rozwiązano z Tatą umowę o pracę na etat nauczyciela akademickiego, a podpisano umowę na ? etatu technicznego opieka nad pracownią komputerową. Było to dość dobre Roman mógł pracować w Swoim żywiole tj. przy komputerach.
Niestety, z upływem lat, zdrowie Taty zaczęło szwankować. Na przełomie wieku (1999/2000), lekarz medycyny pracy dla SGGW wydał nakaz ograniczenia godzin pracy i kazał się zgłosić po 6-ciu miesiącach. Ta sytuacja powtarzała się kilkakrotnie, aż do maja pamiętnego 2004 roku. Pani Doktór nie chciała dać zgody na pracę, a dała skierowanie do szpitala.
W czwartek, 06 maja 2004 roku, Roman Kamiński, choć nie czuł się najlepiej, pojechał rano na uczelnię, by poprowadzić wykład dla studentów w zastępstwie za Kolegę (bo wcześniej obiecał .). Potem wrócił do domu, i udał się do szpitala. Poszliśmy tam powoli razem. Pomagałam Tacie nieść Jego rzeczy, a sporo ich miał dwa plecaki: mały i duży tak, jakby czuł, że z tego szpitala już nie wyjdzie o własnych siłach .
W izbie przyjęć zbadali Tatę i przyjęli od razu na OIOM (Oddział Intensywnej Opieki Medycznej). Stąd wniosek, że stan
zdrowia był poważny. Tata, w tym czasie, głowę miał zaprzątniętą innymi sprawami niż choroba: kto za niego rozegra do końca rozpoczęte partie szachowe?; jak to będzie, jak Go nie wypuszczą ze szpitala w kolejny czwartek, by mógł ponownie zastąpić Kolegę i poprowadzić wykład? . a już się do tego zobowiązał .
Kolejne dni mijały w napięciu, co dalej. Kontakt z Tatą był tylko przez SMS-y lub krótkie odwiedziny (przepisy szpitalne).
Ale byłam dzielna do końca, tak jak Tata tego sobie życzył. Kiedy się urodziłam, Tata, do Mamy stojącej na tarasie szpitalnym
(a było to latem) zawołał: "pamiętaj, żeby była dzielna ."
Małgorzata Pawlina córka