Marabut
Opowiadanie włóczęgi
Aleksander Kuprin
Objeździłem Szwecję, Norwegię, przemierzyłem Niemcy, zabrnąłem do Anglii, długi czas włóczyłem się po zabłoconych
rzymskich ulicach w końcu zaś - po trwającej dwa lata poniewierce - z powrotem znalazłem się do Rosji.
Byłem wtedy wolny jak dziki zwierz, z nikim nie byłem związany, wałęsałem się po ulicach południowego miasta oddychając
pełną piersią i życzliwie uśmiechałem się do nieba i słońca.
Tak oto pewnego razu, nic nie robiąc, zabrnąłem do dużej, ciemnej kawiarni, wystraszyłem drzemiących w pierwszej sali lokajów
i poszedłem dalej w drzwi, zza których niósł się gryzący zapach tytoniowego dymu i paskudnej kawy.
Wszedłszy do malutkiej, brudnej, słabo oświetlonej salki zrobiłem krok i zatrzymałem się zdumiony: w kłębach dymu , za masą
pożółkłych, marmurowych stolików siedzieli milcząc dziwnie wyglądający gości i, opuściwszy długie nosy nad stoły, - rozmyślali.
Zgięte plecy, dziwne kołnierze na kształt włochatych peleryn i dumne, ponure twarze - wszystko to w dziwny sposób przypominało
mi rząd takich właśnie ptaków z długimi dziobami, kołnierzami wokół długich, gołych szyi i zgarbionym, pogrążonym w głupawych
rozmyślaniach wyglądzie - ptaków marabutów.
- Marabut! - powiedziałem wesoło.
Figury ani drgnęły. Za to od wieszaka na ubrania oddzielił się ciemny szwajcar, z jakiegoś powodu podobny także do wymęczonego
marabuta, i zachrypniętym głosem odpowiedział:
- Takiego tu nie ma.
- Kogo nie ma? Marabuta?
- Tak, dokładnie. Wszystkich tu znamy. A tamci tu nie bywają.
Było mi bez szczególnego powodu wesoło. Podszedłem do długonosego staruszka ze zgarbionymi plecami ukrytymi pod nastroszonym
kołnierzem palta i klepnąwszy go w plecy głośno krzyknąłem mu w ucho:
- Marabut!
Staruszek poruszył się wystraszony, popatrzył na mnie bezbarwnymi oczami i, kierując wzrok na swego sąsiada pisnął:
- Ruszaj się!
Wszyscy, co do jednego, oprócz szwajcara, siedzieli nad szachami. Niektórzy z nich nie grali, ale siedząc obok grających
także garbili się, kiwali długimi nosami i, nie mrugając patrzeli na figurki z żółtego i czarnego drewna, ustawione w dziwnej,
niezrozumiałej dla mnie kombinacji.
-Marabut, - roześmiałem się- cha, cha! Marabut!
Po Anglii, Włoszech, po szerokim, bezgranicznym świecie i przestrzeni, ten ciemny pokoik, wypełniony milczącymi, zgarbionymi
ptakami ze zwieszonymi, długimi nosami w obłokach nędznego, brzydko pachnącego dymu, wydawał mi się niewiarygodnie dziwnym i
jakby nierealnym.
Wziąłem wolne krzesło, wcisnąłem się miedzy dwóch zakopconych widzów i wetknąłem swój nos w szachownicę z toczonymi figurkami.
Ze słyszenia było mi wiadome, że istnieją hetmany, konie, wieże i piony, a przez dziwny nawyk czytania z nudów wszystkich głupot
często przeglądałem na ostatnich stronach gazet zagadkowy dla mnie kącik szachowy, stąd zachowałem w pamięci, że prawie każda partia
zaczyna się tajemniczym posunięciem piona d2-d4.
Jeden z graczy pośród milczenia podniósł spokojnie rękę i przestawił malutka figurkę o jedno pole do przodu. Wszyscy widzowie i
partner w skupieniu zakuwali się, a ja, zmrużywszy krytycznie oczy, głośno powiedziałem:
- Ale ruch!
I wszyscy powoli skierowali swoje nosy na mnie, a szyje u jednego z partnerów jakby skrzypnęła w czasie obrotu.
- Marabucie! - oznajmiłem - Zrobiliście kiepski ruch.
- Bądźcie tak uprzejmi i nie róbcie głośnych uwag i nie dawajcie rad, - beznamiętnie wypiszczał jeden z graczy.
- Mnie jest przykro, ze ten pan wykonał posunięcie, które za sześć ruchów przyniesie mu duże kłopoty.
- Milczcie!
- A co mi tam. zamilknę...
I znów martwa cisza zawisła nad żółtymi, marmurowymi stolikami.
Przy sąsiednim stoliku jeden z grających podniósł żółtą jak łapa marabuta rękę i przesunął jakąś figurkę. Musiałem i tam się wmieszać.
- Boże!... - krzyknąłem w przerażeniu - Co on robi? Co ten człowiek robi?
- Nie przeszkadzajcie! Czyż nie wiecie, że osoby postronne nie maja prawa wtrącać się do gry?
- Do gry? Wiem o tym - w g r ę. A to - czyż można to nazwać grą? Udawanie jakieś.
- Milczcie!
-Milczę.
Sala wydała mi się dużym cmentarzem. Pochowani wyszli ze swych mogił i rozpoczęli
straszną, milczącą grę, otuliwszy się swymi kołnierzami.
- Marabut - oznajmiłem. - zbyt dużo myślicie, jak na tak nędzną grę. Musicie być bardziej weseli. No i co, na przykład ,
za ruch zrobiliście staruszku? Powinniście konika postawić o tu.
Jeden z grających nerwowo potrząsnął głową a drugi, który wykonał posunięcie ze złością sprzeciwił się:
- Jak to tam go postawić? Przecież zabije go pion!
- A niech tam. Czy to ważne.
- Dla was to może i nie jest to ważne, ale ja za nic stracę konia.
- Nie, nie za darmo. Za dziesięć ruchów będziecie mieć decydującą przewagę pozycyjną. Ten gambit był w repertuarze samego profesora Głowackiego.
- No tak, ja tak daleko nie widzę.
- Szkoda.
Jeden ze śledzących grę z zaciekawieniem spojrzał na mnie i powiedział:
-O tam zwolnił się stolik. Nie ma pan ochoty, zagramy partię? Z dumą podniosłem głowę i podżegany przez niepohamowanego
diabełka swawoli powiedziałem:
- Jeśli grasz tak samo, jak ci panowie, to odmawiam.
- Dlaczego?
- Dlatego, że z ludźmi szyjącymi buty mam konkretne stosunki: ja tylko zamawiam buty i w żadne inne układy nie wstępuję!
Mimo to, aby się rozerwać, pokażę wam prawdziwą grę: niech dziesięciu najlepszych graczy gra przeciw mnie jednocześnie na
dziesięciu szachownicach. Nie będzie to dla mnie duży wysiłek, by wyjść z tego zwycięzcą.
Mój rozmówca ze zdumieniem popatrzył na mnie i wzdrygnąwszy , zapytał:
- Powiedzcie, jak się nazywacie?
- Widzicie, póki co nie chciałbym ujawniać mego nazwiska z przyczyn delikatnej natury.
- I proponujecie grać z dziesięcioma naszymi graczami jednocześnie?
- Bezwarunkowo.
- Ale czy wiecie, że niektórzy z nich zdobywali nagrody w petersburskich turniejach?
Wzruszyłem ramionami i odpowiedziałem tonem wyjątkowego lekceważenia i pychy:
- O! dla mnie to wszystko jedno.
Pan, który rozmawiał ze mną, wstał, i głośno zaklaskał w dłonie. Marabuty poruszyły się podnosząc nosy.
- Panowie! Oto ten młody człowiek proponuje grę z dziesięcioma graczami jednocześnie!
- Nawet z dwunastoma - powiedziałem obojętnie.
Wszystko poruszyło się. Wielu grających wstało i podeszło do mnie bliżej, stanąwszy przede mną z niesamowitym zdziwieniem.
- Kim wy jesteście? - zapytał jeden staruszek, z mętnym od lat i szachów spojrzeniem.
- Czy to nie wszystko jedno? Gracz!
- I wy będziecie grać jednocześnie z dwunastoma?
- Dodajcie - z takimi graczami, jak wasi mistrzowie - lekceważąco dodałem, krzyżując ręce na piersi.
Kilka osób z grających zapisało pozycje, poszeptało i gdy podeszli do mnie oznajmili:
- My się zgadzamy!
Sala ożywiła się. Wszystkie marabuty odeszły od swych stolików, wyciągnęły z kołnierzy długie szyje, zatupali, przebiegli.
skądś wziął się kawałek papieru na nim niektóre marabuty zaczęły pisać swe nazwiska.
Siedziałem przy jednym ze stolików, szczelnie otoczony entuzjazmującym się, gadającym tłumem i obojętnie paliłem papierosa,
ze znudzeniem popatrując na sufit. Nieopodal kilka osób krzątało się, zajętych robieniem jednego dużego stołu i ustawianiem dwunastu
szachownic.
Jakiś młody człowiek w ryżym krawacie, z pewnością niedoświadczony, słaby gracz, popatrzył na wszystkie szachownice z przejmującym
smutkiem i podszedłszy do mnie, ze współczuciem i wilgotnymi oczami uścisnął moją rękę.
-Żegnaj, - powiedziałem zwyczajnie.
- Nie, nie do zobaczenia. Ja wam bardzo współczuje. Samotnie przeciw dwunastu - to genialne! Czy naprawdę wygracie?
Po przyjacielsku poklepałem go po plecach.
- Spokojnie, staruszku, odwagi. Rzecz nie taka znów straszna, jak wam się wydaje. No, panowie, gotowe?
- Gotowe. Grający proszę zająć miejsca. Prosimy, miłościwy rycerzu!
Rolę sędziego przyjął na siebie staruszek z mętnym spojrzeniem. Posadził graczy po jednej stronie stołu, ale mnie skierował na drugą
stronę stołu, gdzie nie było krzeseł.
- Proszę bardzo. Wy będziecie musieli chodzić od jednego końca stołu do drugiego i obserwować posunięcia.
_ Nie chcę, - odpowiedziałem dumnie. - Gram nie patrząc na szachownicę. I odszedłem do najdalszego kąta sali.
Dwunastu wybranych marabutów usiadło, jak tresowane ptaki w idealnym rzędzie i od razu utkwili profesjonalne spojrzenia w szachownice.
- Pierwszy ruch należy do was, drogi panie. - zwrócił się do mnie bezbarwny staruszek.
Wydawało mi się, że mój żart dobiegł końca. Marabuty wyrwane zostały ze swego letargu, ale jak teraz od nich uciec - nie mogłem wymyśleć.
- Panowie! Pierwszy ruch - d2-d4. Proszę wykonajcie go za mnie.
Dwanaście rąk podniosło się do figurek i dwanaście pionków na dwunastu szachownicach przesuniętych zostało o dwa pola do przodu. Następne
posuniecie czarnymi zrobili moi przeciwnicy.
Z daleka obserwowałem szachownice i niczego nie rozumiejąc, zamyśliłem się. Wydaje się, że najwyższa pora była na ucieczkę. Ale ironicznie
wzruszywszy ramionami zdecydowanie ogłosiłem: b1-b3.
Wszystkie oczy ze zdziwieniem spojrzały na mnie.
- Z pewnością chcieliście powiedzieć b1-c3?
- Ja chcę powiedzieć to, co uważam za konieczne, - sucho wycedziłem przez zęby.
- Ale taki ruch jest niemożliwy!! Koń nie może być wyprowadzony po linii prostej!
jadowicie uśmiechnąłem się.
- Tak? Tak twierdzicie? A czy wiecie, co to jest gambit Marabuta?
Sala zahuczała.
- Takiego gambitu nie ma.
_ Rze-czy-wiś-cie? Siedzicie w tej zapyziałej, zakopconej dymem dziurze, i zapomniawszy o wszystkim na świecie, w głupiej zgnuśniałości
machnęliście ręką na wszystkie osiągnięcia dokonane w ostatnich czasach w tej wielkiej, mądrej, po prawdzie królewskiej grze, zwanej - szachami.
- Zwariował - powiedział ktoś z kąta.
- Zwariował> - ze złością zawołałem, wściekle zeskakując z krzesła.
- Tak! We wszystkich czasach, we wszystkich przypadkach - wszystkich nowatorów, wynalazców, proroków, męczenników nauki, filozofów -
nazywali szaleńcami. Ale co to zmieniło? Czy powstrzymało to proces? Wieża Eiffla tak jak dawniej imponuje nieosiągalna wysokością, a
podziemne koleje coraz bardziej i bardziej opasują kulę ziemską żelazną siecią.
Twierdzę, że gambit Marabuta istnieje! On pozwala na ruch koniem po linii prostej, i jeśli nie zgodzicie się uznać go - rzucę wam w
twarz otwarte i głośne oskarżenie: posępne krety, skryci tchórze, wystraszone świeżym potokiem powietrza i snopu światła słonecznego,
które w mojej osobie dostały się w martwą i zastygłą atmosferę tlenia się i prochu. - Nie! Dosyć. Na powietrze stąd!
Wśród niewiarygodnych krzyków i lamentów dziesiątków głosów spokojnie i z zimną krwią podszedłem do wieszaka i ubrałem się.
Kilku marabutów skakało wokół mnie, machając rękami i wrzeszcząc zachrypniętymi głosami, ale ja, nie zwracając na to uwagi, założyłem
czapę, mocno wyprostowałem się i nie spiesząc się przeszedłem przez mroczną, ciemną salę, zapełnioną dziwnymi, drzemiącymi, człekopodobnymi
ptakami, które teraz znalazły się w stanie nagłego, nieopisanego wzburzenia.
Świeże powietrze ulicy miłośnie przyjęło mnie i ja, słodko zmrużywszy oczy, uśmiechnąłem się do kochanego słońca.
Tłumaczenie: Tomasz Makowski
Dodatek
Kawiarnia Warszawska w Kijowie
Wadim Tieplicki, Borys Szewczenko
"Dziennik Kijowski" Nr 1, marzec 1992
W końcu ubiegłego - na początku naszego stulecia oprócz klubów szachowych w wielu miastach Europy powstawały inne ośrodki, gdzie spotykali się miłośnicy szachów. Nie do wyjątków należały wypadki, kiedy miejscem szachowych batalii stawały się kawiarnie i restauracje. Tak, na przykład, w Rydze funkcję taką pełniła kawiarnia "Rajner", w Londynie kawiarnia "Gambit", w Kiszyniowie kawiarnia Wojciechowskiego, w Petersburgu powszechnie znany "Dominik", czy też restauracje Pradera i Miłbretta. Światową sławę zdobyła paryska kawiarnia "Regence", ściany której pamiętają nie tylko Napoleona czy Turgieniewa lecz i wielu szachowych mistrzów świata począwszy od Steinitza.
W Kijowie w końcu XIX wieku tutejszy Klub Szlachecki udostępnił szachistom odrębny pokój. W szachy grano również w cukierni Semadeni, gdzie jak podawała "Gazetka Szachowa", dziennie spotykało się około 50 osób.
W ostatnim roku XIX stulecia w Kijowie zorganizowano stowarzyszenie miłośników szachów, aczkolwiek zaznaczyć należy, iż dalszy rozwój tej wykwintnej intelektualnie rozrywki powiązany był w Kijowie nie ze wspomnianymi powyżej punktami, lecz z otwarttą na początku lat osiemdziesiątych XIX wieku "Kawiarnią Warszawską", usytuowaną w budynku na rogu centralnej ulicy Kijowa Kreszczatyk i ulicy Luterańskiej.
Gospodarzem tej kawiarni był przedsiębiorczy Polak, niejaki Zygmuntowski, wielki miłośnik szachów, udostępniujący swoim klientom za niewielką opłatą szashownice. Z czasem Zygmuntowski stworzył nawet wyposażony w stoliki szachowe pokój, który zresztą wszedł do historii, o czym pojemy nieco później.
Wkrótce w "Kawiarni Warszawskiej" zaczęto przeprowadzać mistrzostwa Kijowa, które wyłaniały najlepszych szachistów, takich jak Izbiński, Winter, Gołacki, Seliwanow, czy chociażby tutejszy prawnik - Borys Nikołajew, który począwszy od 1885 roku częściej niż inni zdobywał tytuł szachowego mistrza miasta.
Bywalcami "Kawiarni Warszawskiej" stają się znani w Kijowie artyści, malarze, adwokaci, aktorzy, dziennikarze, działacze teatru oraz studenci. Szczególnie często, w pierwszych latach XX stulecia, bywał tu znany ukraiński działacz kultury, poeta, dramatopisarz Michaił Starycki.
"Po obiedzie ojciec nigdy nie odpoczywał" - wspomina jego córka Oksana Steszenko - "najczęściej czas sjesty spędzał w ulubionej "Kawiarni Warszawskiej"; ojciec dobrze grał w szachy".
O tym, jakie namiętności rozpalały się podczas szachowych pojedynków w "Kawiarni Warszawskiej", wspomina przyszły mistrz Fiodor Duz-Chotimirski. "Grali siedząc w kłębach papierosowego dymu, przy czym na stawki pieniężne, w atmosferze niezdrowego podniecenia", aczkolwiek nieco później przyznawał: "Moją szachową "akademią", w której przeszedłem swoją szkołę teorii i praktyki, stała się znana w owych czasach "Kawiarnia Warszawska" w Kijowie".
W 1902 roku, na zaproszenie Kijowskiego Stowarzyszenia Miłośników Szachów dwukrotnie przyjeżdżał do Kijowa wielki M. I. Cziygorin, wywołując znaczne ożywienie w szachowym światku miasta. Niejednokrotnie odwiedzał on "Kawiarnię Warszawską", grał
konsultacyjne i lekkie partie z amatorami. Spotkania te wywoływały zrozumiałe zainteresowanie licznych sympatyków szachów, co przynosiło właścicielowi kawiarni niezłe dochody.
Właśnie te wizyty i spotkania z kijowianami nasunęły Czygorinowi myśl przeprowadzenia w naszym mieście kolejnego Ogólnorosyjskiego Turnieju Szachowego. Po długich perypetiach organizacyjnych, zebraniu odpowiednich środków i ustaleniu listy uczestników we wrześniu 1903 roku rozpoczął się w Kijowie III Ogólnorosyjski Turniej Szachowy, który zebrał tu ówczesnych, najznakomitszych mistrzów ówczesnego imperium, w tym również tych, którzy mieszkali w Polsce. Liderem turnieju był Czygorin i on też stał się jego zwycięzcą.
Ówczesny korespondent "Wiadomości Moskiewskich" Łaszyn zdumiony był atmosferą panującą w "Kawiarni Warszawskiej". W jednej ze swych korespondencji pisał: ,,To drugi z rzędu klub szchowy Kijowa. (pierwszym - nota bene - był "Klub Rowerzystów", w którego pomieszczeniach toczył się turniej) Wszystkie nowiny natychmiast docierają do "Kawiarni Warszawskiwj", którą trudno postawić na jednym poziomie ze słynną restauracją "Dominik" w Petersburgu - ona prześciga ją pod każdym względem"
Wspomniany "Klub Rowerzystów" mieścił się w eleganckim, bogato zdobionym budynku, wejście było tam płatne, stąd też większość miłośników zbierała się w sąsiadującym przez podwórze budynku - "Kawiarni Warszawskiej", gdzie powtarzano, analizowano wszystkie partie przeprowadzone na turnieju i gdzie przesiadywali też również tacy znani uczestnicy turnieju, jak: M. Czygorin, O. Bemsztejn, A. Rubinsztejn, D. Janowski czy mistrz z Łodzi G. Salwe.
Gościł tu również znakomity pisarz rosyjski Aleksander Kuprin, który uwielbiał szachy. Istnieje przypuszczenie, iż pokój, w którym zbierali się szachiści odwiedzający "Kawiarnię Warszawską", ten który, jak wspominaliśmy, wyposażony był w stoliki szachowe, opisany został w opowiadaniu Kuprina "Marabut".
Niestety, kilka lat po przeprowadzeniu III Ogólnorosyjskiego Turnieju Szachowego "Kawiarnia Warszawska", która przez długi okres pełniła rolę swoistego klubu szachowego w przedrewolucyjnym Kijowie i w niemałym stopniu przyczyniła się do popularyzacji tej fascynującej gry na Ukrainie, przestała istnieć.
W czasie hitlerowskiej okupacji Kijowa, w latach l941-1943, budynek przy CKreszczatyku, w którym znajdowała się "Kawiarnia Warszawska", wysadzono w powietrze.
Na jego miejscu na skrzyżowaniu ulic CKreszczatyk i Luterańska dziś stoi dom nr. 3 i nic nam nie przypomina, iż kiedyś była tu historyczna kawiarnia szachowa.